[2009.07.04] Viva capoeira...!
Czasami jest tak, że mały, krótki czas potrafi się niespodziewanie wydłużyć. Rzeczy nieznane dają się poznać w tak wielkiej rozciągłości, że wydaje nam się jakbyśmy już je kiedyś widzieli, znali doskonale. Stają się jak szeroka i długa rzeka, która swoim szumem uspokaja i zaprasza – płyń ze mną. Daje poczucie kompletnego bezpieczeństwa i każdy jak małe, niewinne dziecko idzie z jej prądem. Kolejny ruch naszych dłoni zagarnia wodę, która jak nowe rzeczy ukazuje to, co tak naprawdę kryło się w naszej świadomości, zawsze obecne, ale nieodkryte. To dla mnie capoeira.
Otóż, cały czas nie mogę otrząsnąć się z szoku. Każdy z nas na pewno zetknął się z capo w inny sposób; jedni planowali to od dawna i wiedzieli o co chodzi, inni wciąż szukali czegoś nowego, aż zdecydowali się właśnie na to, a inni trafili do tego „wiru” zupełnie przypadkowo – tak jak mi się to zdarzyło. Kiedy pierwszy raz zobaczyła Rodę (w Teatrze Ludowym, pokaz reklamujący US) oglądałam wszystko z szeroko otwartymi oczami, no i gębę też miałam rozdziawioną. Wtedy bym tak tego nie nazwała, ale w powietrzu czuło się wspaniałe axé, które wręcz zmuszało żeby spróbować. No i spróbowałam... I się chole** uzależniłam...
Berimbau zaczyna grać, każde uderzenie w strunę jest jak uderzenie mojego serca. Berimbau wybija rytm mojego serca, wybija rytm życia jakim mam żyć i prowadzi mnie zupełnie inną drogą. Przenoszę się mimo woli w miejsca, których nigdy wcześniej nie znałam, czuję ciepło, którego nigdy nie czułam.
Niby wszystko było nowe, prawie o niczym nie miałam pojęcia, ale każdy ruch był w jakiś sposób naturalny i jakby wcześniej znany. To takie głupie uczucie – jakby ktoś specjalnie coś „pod ciebie” wymyślił. Wprost idealnie. [Oczywiście nie wszystko idealnie wychodziło na początku, i teraz też idealnie nie jest – ale nie o to chodzi(!).]Cała capoeira to dla mnie okrutne wyzwanie - i zmierzenia się z sobą, i skonfrontowania się z innymi. Ile barier i barykad trzeba łamać.......... A jak boli........... Cudownie boli... Ale niech boli, ma boleć(odkrywam w sobie masochistyczne skłonności...).
I tak sobie myślę, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny, że każde najmniejsze wydarzenie, czy ta dziwna siła, która każe nam podejmować różne, pozornie błahe decyzje – czy zostać w domu, czy wyjść na ulicę, czy czytać, czy tańczyć – to zawsze jest po „coś”. I to „coś” będzie potrzebne do czegoś następnego, nowego etapu, albo jakiegoś elementu, który ruszy następny element, uruchomi całą maszynę.
Eh, bo właściwie to chciałam się podzilić z Wami tym, co chyba każdy z nas (prawie każdy) czuje. Że po prostu cała ta energia daje tak dużo i w tak wyjątkowy sposób – od satysfakcji, przez ból, po po prostu czystą radość – jest czymś, mówiąc ładnie, fenomenalnym. I tak bardzo się cieszę, że jakiegoś szarego listopadowego dnia dopadło mnie axé i kazało mi spróbować...
Myślę, że wypisałam tu swego rodzaju oczywistość – wszyscy trenujemy capo, tańczymy sambę, bo to uwielbiamy i kochamy! Ale poczułam potrzebę powiedzenia, tzn. napisania tego „głośniej”, bo jak jest wyżej wymienione – wciąż nie mogę otrząsnąć się z szoku... Nie wiem czy nazwać to szczęściem, jakimś błogosławieństwem , fartem, czy zaplanowanym przez siły wyższe eksperymentem na mojej osobie... Po prostu się tym cieszę; okropnie, okrutnie, strasznie, wyjątkowo, nieskończenie – cieszę!
Tak więc cóż... Viva capoeira!!! Viva samba, viva Brasil !!
[P.S. jeśli ktoś by się pytał/czepiał/ciekawił/interesował/dziwił - txt kursywą - capoeira to nie tylko jedna wielka radocha, ale też wielkie ważne wydarzenie w moim, i w waszym zapewne też, życiu. ]



Komentarze
To jest tak osobiste, że musi być prawdziwe,
ja cie rozumiem mimo ze niecwicze i jeszcze do was nienaleze,ale mam nadzieje ze niedługo bede ;) juz od dawna staram sie cwiczyc w tym kiedunku ale podszebuje fachowego oka i ludzi takich jak wy do silniejszej inspiracji;) zarówno fizycznej jak i psychicznej... pozdrawiam