O Pedra Furada, dzieciakach i ich nauczycielu
Właśnie minęliśmy malutki sklep z warzywami i owocami na Pedra Furada, co oznacza, że jesteśmy już blisko akademii w domu Mestre Zambiego. Jeszcze ostatnia prosta, a właściwie pochyła uliczka przed nami i będziemy na miejscu. Barbicha zwraca uwagę, żebyśmy przeszli na drugą stronę, bo zejście jest dość strome, a nierówna nawierzchnia drogi śliska. Ostatni zakręt i jesteśmy u celu. Dzieciaki gromadzą się już przed domem Mestre i czekają na swojego nauczyciela, który ma poprowadzić dla nich zajęcia. Trochę zaczynają się popisywać na nasz widok. Chłopcy zaczepiają koleżanki, a te nie pozostają im dłużne. Coś krzyczą do siebie, ale trudno rozpoznać, o co im chodzi, bo mieszanka bajańskiego slangu z domieszką dziecięcej gwary tworzy kod niemożliwy do złamania. Wśród oczekującej gromadki są dzieci dziesięcioletnie czy dwunastoletnie, ale są też dużo młodsze szkraby, które plączą się między tymi starszymi i dokazują po swojemu. Niektórzy prowadzą za rękę swoje młodsze rodzeństwo, kuzynów lub małych sąsiadów. Jeden chłopiec niesie na rękach swoją siostrzyczkę, która jeszcze dobrze nie chodzi, ale widać capoeirę ma we krwi i nie chce stracić tego ważnego punktu dnia, jakim jest trening z Estagiario Rabico.
W oczekiwaniu na instruktora siadamy na murku oddzielającym drogę od oceanu. Dziś jest przypływ. Woda jest wysoka i pachnie rybami oraz wodorostami. Słońce chyli się ku zachodowi i temperatura powietrza troszkę ochładza się. Idealny czas na odpoczynek lub… na trening capoeira.
Obok mnie usadawia się młody mężczyzna z dziewczynką o wielkich, brązowych oczach i kruczoczarnych włosach zaplecionych w kilka sterczących warkoczyków. Stawia jej bose stópki na szorstkim asfalcie. Wyciągam do niej ręce i mówię: „Chodź do mnie”. Ku mojemu zdziwieniu dziewczynka wyciąga swoje pulchne łapki i podchodzi do mnie chwiejnym krokiem. Biorę ją na ręce zaskoczona ufnością, którą przejawia wobec mnie i zastanawiam się skąd w niej ta bezgraniczna otwartość. Jej błyszczące oczka przyglądają mi się bez skrępowania, a pełne usteczka rozchylają się w dziecięcym zapatrzeniu.
Nasze zapoznanie przerywa nadejście Rabico. Wśród dzieciaków zapanowuje poruszenie. Niektóre wybiegają mu naprzeciw, inne skandują jego imię, a co poniektóre udają się po prostu do akademii. Rabico poklepuje po ramieniu te starsze, młodsze gładzi na przywitanie po głowie. W końcu wszyscy udajemy się na piętro, gdzie mają rozpocząć się zajęcia. W progu zdejmujemy buty, (jeżeli ktoś ma) i wieszamy je na specjalnym wieszaku. Najmłodsi capoeiristas rozbiegają się po niewielkiej sali i na chwilę zapanowuje - zdawałoby się niekontrolowany - chaos. W tym czasie Rabico przygotowuje podkład muzyczny do zajęć. Kiedy muzyka jest gotowa, nauczyciel prosi, żeby wszyscy zajęli miejsca w szeregu, czyli żeby ustawili się według posiadanych stopni. Siadamy pod ścianą, gdyż dziś przyszliśmy z zamiarem obserwowania i udokumentowania ich pracy. Rabico, żeby przywołać podopiecznych do porządku informuje, że jeżeli będą ładnie ćwiczyć i dobrze się sprawować to Raiz zrobi im zdjęcia. Reakcja maluchów jest błyskawiczna i oprócz wybuchu entuzjazmu oraz podekscytowania posłusznie stają w rzędzie i każdy kładzie prawą rękę na sercu. Rabico wykrzykuje: Salve!, na co wszyscy odpowiadają zgodnym chórem: UNICAR! Zajęcia uważamy za rozpoczęte.
Podczas treningu, zgodnie z zapowiedzią instruktora, pstrykam zdjęcia, na co dzieciaczki podchodzą do mnie i proszą, żeby im je pokazać. Niektóre specjalnie się wygłupiają, żeby zrobić jak najdziwniejszą minę, z której będą mogły się śmiać. Drobna dziewczynka zalotnie zagląda w obiektyw i prosi, żeby robić jej zdjęcia. Jedno nie wystarczy. Ona chce mieć wiele różnych ujęć i dlatego przybiera pozy i uśmiecha się. Może to przyszła Neomi… Kto to wie?!
U dzieci z Pedra Furada aparat budzi emocje. Tutaj nie codziennie można zobaczyć siebie na małym wyświetlaczu. Oczywiście nie jest to sprzęt zupełnie im nieznany, ale zdecydowanie tylko nieliczne rodziny są w jego posiadaniu. Spoglądam dyskretnie na Rabico i szukam na jego twarzy frustracji z powodu rozpraszania uczniów podczas pracy. Tymczasem on podchodzi do mnie i stwierdza z uśmiechem, że dzieci uwielbiają jak robi się im zdjęcia. Zero irytacji, zero zdenerwowania, totalny spokój i radość w jego głosie.
Na chwilę rezygnuję z fotografowania na rzecz obserwacji. To bardzo ciekawe, jak jedna osoba potrafi zapanować nad kilkunastoosobową grupą dzieci w różnym przedziale wiekowym, skupić ich uwagę i zainteresować ćwiczeniami. Małych capoeiristas wcale nie trzeba specjalnie zachęcać do wysiłku. Są wulkanem energii, którą Rabico potrafi ukierunkować w odpowiednią stronę. Dużą rolę odgrywa podczas zajęć zabawa. Nie ma tu miejsca na ostrą walkę i popis umiejętności, ponieważ każdy jest na innym etapie rozwoju w capoeira. Rozgrzewka to dobrze nam znana zabawa w berka. Rabico prosi, żeby jedno z nas dołączyło do trenującej grupy i goniło pozostałych uczestników. Zgłasza się Frodo. Dzieci są zachwycone. Dziewczynki uciekają z piskiem, a chłopcy udają, że go zaczepiają i wcale nie obawiają się, że ich dogoni. Przy wysokiej temperaturze, która panuje na sali, mimo nadchodzącego wieczoru, nie ma potrzeby długo się rozgrzewać. Rabico nie rezygnuje jednak z wybranej formy treningu, bo chociaż nie studiował pedagogiki, dobrze wie, że najmłodsi najlepiej uczą się poprzez zabawę.
Rabico wydaje dzieciom polecenie, żeby ustawiły się w szeregu i rozstawiły nogi, z których powstanie tunel. Tym tunelem będą przechodzić kolejno, jeden po drugim. Na początek troszkę starsze dziecko demonstruje, jak trzeba wykonać ćwiczenie, a za nim podąża mały chłopiec, który nie ma nawet uniformu, bo najmniejszy byłby o wiele na niego za duży. Malec przyszedł do akademii z jakimiś starszymi dziewczynkami i do tej chwili był na sali jako obserwator, ale widać tak mu się spodobało, że nie chciał dłużej siedzieć bezczynnie pod ścianą i postanowił włączyć się aktywnie do zajęć. Rabico zachęca go wesołymi okrzykami do wejścia w tunel utworzony przez koleżanki i kolegów. Malec zdecydowanie lepiej radzi sobie „na czworakach” niż w pozycji pionowej, co utwierdza mnie w przekonaniu, że ma niewiele więcej niż dwa latka. Przeszedł pod nogami pierwszej dwójki, po czym zmienił kierunek i opuścił szpaler ku rozbawieniu wszystkich. Rabico niezrażony tym jawnym lekceważeniem dwulatka, skupia swoją uwagę na pozostałych ćwiczących, którzy radzą sobie sprawniej z tym zadaniem. Jeden chłopiec jest tak niewysoki, że dziewczynka, która stoi za nim musi podnosić go za każdym razem, gdy ktoś usiłuje minąć przeszkodę, bo zwyczajnie żadne dziecko nie mieści się pod jego nogami,.
Zajęcia z Rabico to nie zabawa dla zabawy. On dobrze wie, co robi i w każdym ćwiczeniu ma cel, ale wie też doskonale, że dzieciaki trzeba umieć zachęcić do pracy, bo zmuszając je do szkolenia techniki, można je tylko szybko zniechęcić. Kiedy pytam go po treningu, jak on to robi, że maluchy tak go uwielbiają, a jednocześnie czują do niego szacunek, odpowiada mi z prostotą, że do dzieci trzeba podchodzić z sercem. Żadnego wymądrzania o budowaniu relacji, o schodzeniu do poziomu dziecka czy patrzeniu na rzeczywistość ich oczami. Dzieci po prostu trzeba kochać!
Ta złota zasada sprawdza się na zajęciach Rabico od sześciu lat, bo tyle czasu, dzień w dzień, pracuje ze swoimi uczniami. Przez ten okres uzbierało się ponad sto osób, które uczestniczą w treningach. Około osiemdziesięcioro z nich to dzieci w różnym wieku. Rabico może się również poszczycić dwudziestoma dwoma dorosłymi podopiecznymi na Pedra Furada oraz ponad dwudziestoma szkrabami, które uczy w szkołach. Wstępując do Projeto (pełna nazwa grupy to Projeto Socio Cultural Estudando e Gingando), najmłodsi capoeiristas nie są objęci żadnymi płatnościami. Ich jedynym obowiązkiem jest kupno uniformu oraz solidna praca i rozwój w różnych kierunkach związanych z capoeira. Cała reszta spoczywa na barkach ich instruktora. Ta reszta to między innymi organizacja batizado i wszystkiego, co łączy się z tym sporym przedsięwzięciem: koszulki z nadrukowanym logo UNICARU, cordy dla zdających na wyższy stopień, certyfikaty i poczęstunek dla nich, a także sala, na której odbywa się całe wydarzenie. Niby nic takiego. Właściwie znamy to z własnego doświadczenia. Uczestniczymy w tym, co roku. Biorąc jednak pod uwagę trudną sytuację materialną mieszkańców Pedra Furada, przygotowania wymagają większego nakładu energii organizatora. Od trzech lat pozytywna energia nie opuszcza Rabico i z sukcesem przygotowuje on swoje własne batizado.
Myli się każdy, kto myśli, że na jego zajęciach z dziećmi panuje samowolka. Rozgardiasz jest tylko pozorny i chwilowy, i pojawia się właściwie tylko na początku treningu. Rabico, chociaż pozwala sobie na żarty i dużo śmieje się podczas zajęć, nie toleruje próżnych wygłupów, dlatego chłopiec, który za bardzo popisuje się przed nami, co chwilę robi karne pompki. Jedną dziewczynkę pozbawia sznura, który przez chwilę służy mu za przedmiot do wymierzania sprawiedliwości. Złożona kilka razy corda w jego ręce wygląda groźnie, ale uśmiech z jakim zaczyna ścigać dzieci obijające się podczas ćwiczeń, nie pozostawia cienia wątpliwości, że jest daleki od tego, by zadać któremukolwiek z podopiecznych ból lub zrobić mu krzywdę. Metoda działa. Pomiędzy salwami śmiechu i pisku capoeiristas oswajają się z kolejnymi elementami sztuki walki, która jest ich narodowym dziedzictwem.
Przychodzi czas na jogo. Dzieci kolejno podchodzą do swojego instruktora i grają z nim capoeira. Wszyscy zwracają się do niego po imieniu, a raczej używają jego apelido, który nadał mu Professora Tamarindo. Rabico nie zachowuje się jak nauczyciel wychowania fizycznego, którego doskonale znamy ze szkolnych lekcji. On sam momentami jest jak duże dziecko. Swój pośród swoich. Bez zbędnego nadęcia, podkreślania swojego stopnia czy doświadczenia. Na jego zajęciach nie ma miejsca na nadymanie się, za to jest czas na efektywne rozwijanie swoich umiejętności i budowanie przyjacielskich relacji. Dzieciaki uwielbiają Rabico i to widać na każdym kroku. Najlepszym dowodem ich sympatii są wpisy na jego koncie na jednym z popularnych w Bahia portali społecznościowych. Co jakiś czas Rabico dostaje wiadomość od swoich podopiecznych, zawierającą słowa: „Dla mojego ukochanego profesora; jesteś najlepszy! Uwielbiam Cię!” Myślę, że to najwspanialsza nagroda za nieodpłatną pracę, którą wykonuje dla UNICARU na Pedra Furada.
Treningi z dziećmi Rabico prowadzi każdego popołudnia, około godziny 17, od poniedziałku do czwartku, natomiast piątek to dzień świąteczny dla capoeiristas. Wszyscy uczniowie przychodzą ubrani na biało, ponieważ w akademii odbywa się uroczysta roda. Ponadto dwa razy w tygodniu Rabico staje na czele grupy zaawansowanej i pracuje z bardziej doświadczonymi capoeiristas. Po frekwencji na sali łatwo zauważyć, że jego treningi cieszą się popularnością i są po prostu lubiane.
Dzisiejszy trening dobiega końca. Wszyscy dziękują sobie za współpracę, a Rabico przypomina, że jutro jest piątek i prosi dzieci, żeby pamiętały o odświętnym uniformie. Napomina je, żeby się nie spóźniły. Wystarczy wyjść z domu piętnaście minut wcześniej, zabrać po drodze młodsze dzieci i punktualnie o godzinie 18 być gotowym do rozpoczęcia roda. Po tym ogłoszeniu ciasna salka akademii pustoszeje.
Kilkanaście dni wcześniej spotykamy się z Rabico przed senzalą, która jest tuż przed remontem i lada dzień na jakiś czas zostanie wyłączona z użytku. Przyszliśmy na trening trochę wcześniej, bo to mają być nasz pierwsze oficjalne zajęcia w brazylijskiej akademii i z podekscytowania trudno skupić uwagę na czymś innym. Rabico zaskakuje nas, gdyż zamiast na salę zabiera nas na obchód po faveli. Pedra Furada nie jest dla naszej czwórki tak niemiła, jak pokazują w filmach na kanałach podróżniczych. Na początku idziemy jeden obok drugiego, ale po chwili uliczki robią się coraz węższe i trzeba się przegrupować. Przyznam, że na teren slumsów wchodzę z ogromnym zainteresowaniem, ale też z odrobiną lęku, który wbrew pozorom nie jest spowodowany poczuciem zagrożenia. Mijając kolejne marne konstrukcje domków, z których obserwują nas spojrzenia ich mieszkańców, doznaję uczucia lęku, że swoją ciekawością naruszam godność ludzi, którzy w tych skrajnie skromnych warunkach usiłują stworzyć sobie domowe zacisze i intymność. Mimo że favelę nawiedza spora grupa gringos, jak potocznie są tu nazywani obcokrajowcy, nikt nie okazuje nam wrogości. Starsi ludzie uśmiechają się do nas i pozdrawiają, a dzieci wychylają się z wnętrza domków i z ufnością patrzą nam w oczy. Z wieloma spotkamy się jeszcze nie raz na treningu… W końcu dochodzimy na skraj lądu. Tutaj, nad samym brzegiem oceanu znajduje się domek Rabico, który dzieli razem z bratem.
Wracając do akademii Rabico opowiada nam w kilku zdaniach o sytuacji ludzi, którzy mieszkają w slumsach, o dzieciakach, które dorastają w biedzie i o rodzinach cierpiących dotkliwy niedostatek. Dostrzegam, że czas, który poświęca maluchom jest bezcenny, ponieważ one naprawdę czerpią z treningów radość, a powodów do radości mają na codzie trochę mniej niż przeciętne polskie dziecko. Podczas kolejnych treningów, w których uczestniczę z wielką przyjemnością, przyglądam się relacjom instruktora z uczniami. Twarze dzieci rozpromieniają uśmiechy. Są swobodne i beztroskie. Dużo się śmieją, robią sporo hałasu, wygłupiają się i popisują, jak to dzieci. One naprawdę są szczęśliwe!
Wielka eksplozja radości następuje w piątek, kiedy mali capoeiristas gromadzą się w akademii na wspomnianej roda. Dzieci zbierają się powoli, ale z minuty na minutę przybywa ich coraz więcej. Wybija właściwa godzina i Rabico rozpoczyna uroczysty wieczór quadrą śpiewaną wedle tradycji na początku roda. Energia z jaką dzieci włączają się do wspólnego śpiewu jest powalająca i po chwili mam gęsią skórkę. Trudno usłyszeć swoje myśli, za to niezwykle łatwo dać się ponieść stworzonemu axe! Rozpoczyna się jogo. Rabico zachęca nas do grania z dziećmi. Maluchy same podchodzą i chcą kupować grę. Zabawa jest wspaniała. Rabico co jakiś czas krąży z berimbauem po roda i aktywizuje podopiecznych okrzykami: Klaskaj! Śpiewaj! I sam nie żałuje głosu, żeby energia stopniowo wzrastała.
Pod koniec roda jest czas na indywidualny popis akrobacji każdego uczestnika. Nie ma znaczenia czy ktoś zrobi mostek, salto, szpagat czy gwiazdę. Ważne, żeby brał w tym udział, żeby bawił się, czerpał energię i przekazywał ją innym. Z nieukrywanym zachwytem patrzę na wątłej budowy chłopca, który z lekkością i bez lęku skacze salto. Białe abady ledwo trzymają mu się na biodrach, spod koszulki sterczą kościste ramiona, a twarz rozpromienia biały uśmiech od ucha do ucha oraz błyszczące brązowe oczy. Co za energia! Mogę pozazdrościć gibkości i sprawności temu początkującemu capoeirista.
Zanim na berimbale zabrzmi Hino de Capoeira Regional da Bahia rytm zmienia się diametralnie i rozpoczyna się samba de roda. To jest dopiero widok! Dziewczynki wywijają bioderkami, chłopcy nie pozostają w tyle. Bez skrępowania i z wrodzoną naturalnością wyginają swoje ciała w płynnych ruchach. Nikogo nie trzeba zachęcać. Podczas samby, podobnie jak w trakcie jogo, dzieci przepychają się, żeby wejść do środka. Rabico tańczy razem z nimi. Nie zdążyliśmy się zorientować, kiedy zostaliśmy wciągnięci do wspólnej zabawy.
Cudowna roda przepełniona energią, która pozostaje w nas na długo po zakończeniu uroczystości. Równie niezapomniane wrażenia pozostawia trening na plaży. Raz w tygodniu sala w akademii zajęta jest przez inną grupę i Rabico musi prowadzić swój trening z dziećmi na ulicy, jeśli jest przypływ lub na piasku za wałami oddzielającymi ją od wody.
Dziś przypada odpływ, więc możemy ćwiczyć na piasku. Zanim jednak zaczniemy, trzeba uprzątnąć teren z tego wszystkiego, co pozostawił po sobie ocean, czyli grubsze kamienie i muszle, żeby nie raniły stóp. Rabico jako pierwszy bierze się do roboty, a za jego przykładem podążają dzieciaki. Ja też uprzątam kamienie, ale żal mi wyrzucać takie wielkie muszle. Za chwilę brakuje mi rąk i Rabico ze śmiechem prosi, żebym je wyrzuciła, bo przyniesie mi z domu ładniejsze. Proszę, jakie to piękno jest względne, myślę sobie i z żalem zwalniam ręce gotowe odrzucać kolejne kamienie.
Nie ma lepszych i gorszych miejsc do trenowania capoeira w Brazylii. Mogą być tylko miejsca źle wykorzystane. Rabico doskonale potrafi dostosować zajęcia do nietypowych warunków i dzisiejsze ćwiczenia poświęcone są rozwijaniu umiejętności akrobatycznych, bo zdecydowanie przyjemniej upadać na miękki piasek, niż na twardy beton.
Po treningu dla najmłodszych, odbywają się zajęcia z Mestre, w których Rabico również bierze aktywny udział. Dziś - jak zwykle - spóźnia się na lekcję kilkanaście minut, ale już mnie to nie dziwi tak, jak na początku. W pierwszych dniach pobytu na Pedra Furada zastanawiałam się, gdzie Rabico znika po zajęciach z dziećmi i co – oprócz jego brazylijskiej natury – utrudnia mu punktualne rozpoczęcie treningu razem ze wszystkimi. Dzisiaj przyjmuję to jako zupełnie oczywiste, podobnie jak Mestre, który nie zwraca uwagi na jego notoryczne spóźnienia. Przecież nie można mieć do Rabico pretensji, że po treningu z najmniejszymi capoeiristas pilnuje, żeby dzieci bezpiecznie rozeszły się do swoich domów, a najmłodsze szkraby odprowadza pod sam próg chatek, gdzie czekają na nie ich młodziutkie matki.


